Islandia dla początkujących

Góra Esja

Islandia zimą

Moją pierwszą przygodę z tym krajem odbyłam w marcu 2019 r. Islandia powitała mnie lodowatymi objęciami wiatru, rzęsistym deszczem i gradem sypiącym prosto w oczy. Była to krótka i intensywna 5 dniowa podróż, w trakcie której zdążyłam zobaczyć niewielki fragment wyspy, ale myślę że ten najbardziej magiczny. To właśnie tę okolicę elfy wybrały na swoją siedzibę. Rodzimi mieszkańcy nazywają ich ukrytymi ludźmi. Mają one szczególny status na wyspie. Islandczycy  dbają o ich prawa zwłaszcza do swobody mieszkaniowej. Usypują im także kopce aby ukryci ludzie mieli gdzie żyć. Podejmują z nimi negocjacje, jeżeli budowa drogi ma przebiegać w okolicy ich domów.

Tak, tak są wyspiarze, którzy utrzymują, że nie tylko ich spotykają, ale także potrafią z nimi rozmawiać. Wiara w to, że istnieją jest tak mocno zakorzeniona, że elfy są obecne w przestrzeni publicznej i Islandczycy, nawet Ci na wysokich stanowiskach, mówią o nich otwarcie i nikogo to nie dziwi. Wejście z nimi w konflikt może uprzykrzyć wszystkim życie i stać się źródłem realnych problemów. Pomimo swoich rozmiarów potrafią być bardzo nieprzyjemne, jeżeli coś złego ich spotka. Pewnie uśmiechasz się teraz pod nosem myśląc o rosłych potomkach wikingów bojących się małych fantastycznych stworzonek, ale ja uważam, że ich wierzenia są urocze i podkreślają charakter tej wyspy. Islandia jest wyjątkowa tak jak wszyscy jej mieszkańcy nawet ci najmniejsi i wymyśleni.

Krýsuvík

Islandzka pogoda

Wracając jednak do przebiegu mojej wycieczki postaram się pokrótce opisać zarówno miejsca jak i panującą tam aurę. Każdy kto decyduje się na podróż do tej pokrytej lodem krainy – dosłowne tłumaczenie słowa „Iceland” – musi respektować warunki atmosferyczne. Zwłaszcza zimą są szczególnie nieprzyjemne, ale myślę, że nie trzeba się zniechęcać. Na pewno nie może być to powód, który miałby zdecydować o rezygnacji z podróży. Jednak w szczególności należy uważać na burze śnieżne. Najlepiej całkowicie ich unikać. Do pozostałych niedogodności wystarczy dobrze się przygotować. Ciepłe ale oddychające ubrania, odpowiednie na wędrówki, grube skarpety, koniecznie rękawiczki i czapka. Okulary przeciwsłoneczne przydadzą się nawet w pochmurne dni, gdyż śnieg na Islandii jest niebywale jaskrawy i dosłownie „daje po oczach”. Przed wylotem długo zastanawiałam się, czy powinnam brać spodnie narciarskie i chociaż ostatecznie nie zdecydowałam się, to mogą być dobrym wyborem.

Nie należę do osób kochających zimę. Potrafię szczękać zębami wychodząc z ogrzanego samochodu na świeże powietrze, ale mimo to stawiłam czoła islandzkiej zimie. Była to nierówna walka, gdyż przeciwnik przepuszczał niespodziewane i przede wszystkim nieznane mi dotąd ataki (np. wiatr wiejący horyzontalnie w każdym kierunku, co oznacza, że odwracanie się nie pomaga, po prostu wieje zewsząd), i byłam skazana na porażkę, ale mimo to decyzja o spędzeniu tych kilku zimowych dni na wyspie była najlepszą jaką mogłam podjąć.

 

Pierwsza wycieczka po Islandii

Jako pierwszy zwiedziłam Krýsuvík. Znajdujący się w południowo zachodniej części wyspy obszar geotermalny. Wulkaniczny, ale już wygasły teren z wysoką temperaturą ziemi. Z każdej szczeliny wydobywa się dym, każde źródełko ma wrzącą wodę. Niewielkie wzniesienia mają kolor żółty, pomarańczowy i czarny. Dodatkowo pokrywający je śnieg bardzo kontrastował z dominującymi barwami. Widok jest nieziemski.

Krýsuvík

Jest to jeden z tzw. krajobrazów księżycowych lub marsjańskich, których nie brakuje na całej wyspie. Poza niepowtarzalną kolorystyką należy szykować się na doznania zapachowe, które dla wrażliwego nosa mogą okazać się nie do wytrzymania. Po Krýsuvíku można poruszać się przygotowanymi dla turystów kładkami i ścieżkami. Niektóre z nich były zamknięte z uwagi na okres zimowy i związane z nim możliwe niebezpieczeństwa. Nawet w środku islandzkiej zimy, na tym wydawałoby się końcu świata, towarzyszyli mi inni turyści. Islandia przeżywa prawdziwy boom turystyczny, także trzeba się szykować na nieustanne towarzystwo zwłaszcza przybyszów z Dalekiego Wschodu, którzy są niezmordowani.

Islandzkie baseny

Islandia ma bardzo wysoką „kulturę basenową”, której rozwojowi sprzyjają ciężkie warunki atmosferyczne. My upijamy się w barach a Islandczycy na basenie. Dodatkowo mają bardzo restrykcyjne zasady higieny, o których informują turystów wszechobecne instrukcje mycia i nikomu nie przyjdzie do głowy zakrywać się ręcznikiem przy zmianie kostiumu. Jak na prawdziwego turystę przystało na zapoznanie się z klimatem islandzkich basenów wybrałam najpopularniejszy i najbardziej komercyjny przybytek tj. Blue Lagoon. Położone na obszarze geotermalnym, uzdrowisko typu spa, przyciąga zmęczonych turystów, którzy tak jak mieszkańcy wyspy, wolą przeczekać złą pogodę w ciepłych wodach basenu niż zwiedzać wyspę w deszczu, śniegu i przy urywającym głowę wietrze. Zachęcająca jest także bliskość do lotniska i piękne widoki.

Zdjęcie udało mi się zrobić w ciągu pięciu słonecznych minut potem było pochmurnie, padał deszcz i grad.

Bláa Lónið

Dodatkowo woda wzbogacona jest minerałami, w szczególności krzemionką, co nadaje jej mleczno lazurowy kolor. Ma także działanie uzdrawiające w przypadku takich chorób jak łuszczyca. Poza basenem jest kilka saun i bar z drinkami. W ramach biletu mamy zapewnioną krzemionkową lub algową maseczkę a za dopłatą można zrelaksować się przy wodnym masażu. Aby móc skorzystać z tej turystycznej atrakcji trzeba zarezerwować wejście kilka dni wcześniej (w sezonie letnim pewnie tygodni) na konkretną godzinę.

Oprócz wodnych atrakcji w Blue Lagoon możemy zjeść a nawet zamieszkać. Na terenie uzdrowiska znajduje się bardzo droga restauracja i domki do wynajęcia. Przed wejściem pośród pola lawowego roztacza się lazurowe rozlewisko. Taki dobór kolorów jest obłędny i nie spotykany w naturalnym środowisku.

Hot pot, czyli naturalna wanna

Dla tych którzy stronią od „sztucznych” pełnych blichtru i przepychu przybytków turystycznej konsumpcji polecam rozejrzenie się za usłanymi po całej wyspie hot potami. Są to dzikie miejsca, gdzie ciepła woda tworzy naturalną wannę i umożliwia przyjemne spędzenie czasu na łonie przyrody. Z jednego z takich hot potów na półwyspie Reykjanes miałam skorzystać, jednakże wiejący od strony oceanu silny wiatr i bardzo niska odczuwalna temperatura szybko mnie zniechęciły do zrzucenia ubrania.

Bláa Lónið

Miasto Elfów

Stolica Islandii była kolejnym punktem mojej podróży. Dla kontynentalnego Europejczyka Reykjavík jest bardzo egzotycznym miastem. Już przy wjeździe wita nas tabliczka informująca, że jest to miasto Elfów. Niewiele większy od przeciętnego polskiego miasteczka ma wszystko, czego nie powstydziłaby się Warszawa. Opera, sklepy znanych luksusowych marek i tętniące życiem weekendowe wieczory.

Kawałek historii

Reykjavík w języku islandzkim oznacza dymiącą zatokę. Taką nazwę dla miasta wymyślił jego założyciel. Zgodnie z tradycyjną opowieścią, Reykjavík został założony w 874 roku przez Norwega Ingólfura Arnarsona. Ciekawa historia wiąże się z wyborem miejsca na pierwszą osadę. Arnarson opuścił Norwegię, za zbrodnie jakich tam się dopuścił i pożeglował w stronę Islandii. Kiedy dostrzegł ląd, wyrzucił filary służące do podtrzymywania tronu (na znak tego, iż on jest wodzem) za burtę i obiecał, że osiedli się tam, gdzie wskażą bogowie. Dwoje z jego niewolników przeszukiwało potem wybrzeże jeszcze przez trzy lata, zanim znaleźli wyrzucone słupy. Mała zatoka wkrótce stała się Reykjavíkiem.

Reykjavík

Architektura 

Trudno stwierdzić, żeby architektura zachwycała, gdyż brak tutaj monumentalnej budowli. Na pewno jest oryginalna i urocza. Niskie domki rzędami ustawione wzdłuż ulic wyglądają bajkowo. Spacerując po mieście ma się wrażenie, że naprawdę można się tu natknąć na elfa. Ja miałam szczęście spotkania kogoś innego. Chodząc to tu, to tam i oglądając coraz to bardziej zaskakujące miejsca, na jednym z przejść dla pieszych przepuścił mnie samochód marki mercedes (nie jestem znawcą motoryzacji i nie dam sobie za to przypuszczenie ręki uciąć). Moją uwagę zwróciła tablica rejestracyjna z numerem 1 a na przednim siedzeniu pasażera siedział nie kto inny, jak prezydent tego małego państwa Guðni Th. Jóhannesson. Miałam naprawdę dużo czasu żeby mu się przyjrzeć, gdyż zatrzymał się koło mnie pomachał i uśmiechnął. No cóż w mieście liczącym ok 120 tys. mieszkańców istnieje widać wysokie prawdopodobieństwo spotkania nawet głowy państwa.

Reykjavík

Islandzki Złoty Krąg

To nic innego jak trzy bardzo ważne turystyczne miejsca wyspy, położone na tyle blisko siebie, że można je „machnąć” za jednym razem. Park Narodowy Þingvellir to szczególne miejsce zarówno pod względem historycznym jak i przyrodniczym. Został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. To tutaj zbierali się pierwsi wolni obywatele wyspy i decydowali o jej losach. Zapoczątkowanie tradycji parlamentu cieszyło się dużym zainteresowaniem wyspiarzy i przez wieki zbierali się właśnie w tym miejscu. Dopiero w 1844 r. przeniesiono parlament do Reykjavíku.

Park Narodowy, Þingvellir

Po za tym Park znajduje się bezpośrednio pod dwiema płytami tektonicznymi Ameryki Północnej i Eurazji, które rozszczepiają się. Ciągłe ich rozdzielanie się powoduje, że Islandia ma tak wysoką aktywność wulkaniczną. Bardzo młody wiek wyspy sprzyja zachodzącym w niej silnym procesom geologicznym. W Parku znajduje się największe naturalne jezioro Islandii. Poza tym na całym obszarze występuje wiele wulkanów.

Park Narodowy, Þingvellir

Drugą atrakcją Złotego Kręgu jest geotermalny obszar z jego największymi, znanymi na skalę światową atrakcjami. Ten „prawdziwy” pierwszy protoplasta Geysir, od którego imienia w wielu innych językach w tym po polsku pochodzi określenie dla tego zjawiska, pozostaje uśpiony i nie daje znaku życia. Jego młodszy kolega, Strokkur, wybucha raz na 10 minut ku uciesze wszystkich zgromadzonych turystów. Powiem szczerze, że trzymając w napięciu aparat i wyczekując właściwej chwili wystraszył mnie ten wybuch. Widok jest spektakularny i jedyny w swoim rodzaju.

Geysir

Trzecią atrakcją Złotego Kręgu jest Wodospad Gullfoss. Szeroki jak Niagara, bardzo głośny i przepiękny. Nie było możliwości podejścia do tego cudu natury zbyt blisko, gdyż rozpryskujące się krople wody mogłyby zmrozić turystów, ale i tak widok z góry zabierał dech w piersiach. Spośród 918 znajdujących się na wyspie wodospadów Gullfoss prezentuje się jako ten najbardziej majestatyczny.

Gullfoss

Islandia i wygasłe wulkany

W drodze powrotnej zahaczyłam o krater Kerid. Jest to wygasły wulkan, w którego wnętrzu zbiera się woda tworząc jeziorko. W każdym miesiącu roku Kerid wygląda inaczej. Ja trafiłam na moment kiedy woda całkowicie zakryta była śniegiem. W innych porach roku przybiera przeróżne kolory. Wejście jest płatne, ale spacer i widoki z krateru są warte swojej ceny. Islandia jest pełna aktywnych wulkanów, które raz na jakiś czas dają o sobie znać. Ich pomruki niejednokrotnie uprzykrzały życie mieszkańcom wyspy. Wzbudzają strach i respekt.

Kerid Crater

Islandia i kamieniste wybrzeże ptaków

Islandia pełna jest surowych widoków. Czarne skaliste wybrzeża są jednym z ich najciekawszych odmian. W okolicy można wdrapać się na najwyższą latarnie morską na wyspie (po drodze można stracić głowę jeżeli wieje zbyt mocno). Dodatkowo należy uważać na ptaki, które atakują intruzów, którzy niebezpiecznie zbliżają się do ich gniazd (jeżeli wybierzecie się tam w okresie lęgowym).

Reykjanesbær, Reykjanes

Po pokonaniu pierwszych przeszkód wiatru, ptaków lub innych nieoczekiwanych niedogodności, rozpościera się przed nami piękny widok na wybrzeże. Można tam swobodnie poruszać się a nawet wdrapać na pobliskie wzgórza, które są wspaniałymi punktami widokowymi.

Reykjanesbær, Reykjanes

Zdjęcie tej cudownej czarnej plaży udało mi się zrobić z pozycji leżącej ponieważ wiatr wiał tak mocno, że pchał mnie prosto w urwisko. Tak, jak wspomniałam wcześniej, to islandzka pogoda decyduje, gdzie uda się dotrzeć. Trzeba bardzo na siebie uważać ponieważ warunki potrafią być ekstramalne.

Reykjanesbær, Reykjanes

Odwracając się, na tym samym wzgórzu, zmieniając pozycję na tzw. „kucki” zrobiłam zdjęcie latarni z daleka. Widać tam także kominy elektrowni i dymiący krajobraz obszaru geotermalnego, który był kolejnym punktem mojej wycieczki.

Reykjanesviti

Marsjańskich widoków na Islandii nigdy za wiele. Czerwona ziemia i dym wydobywający się z jej wnętrza jest tak nieziemski i jednocześnie wspaniały, że po wizycie na tej wyspie wycieczka na Marsa wydaje się zupełnie zbędna.

Reykjanes, Grindavíbær

Moja podróż zbiegła się z czasem kiedy byłam świeżo po lekturze „Marsjanina”. Ten krajobraz bardzo inspirująco na mnie wpłynął. Owocem czego jest recenzja, którą opublikowałam na blogu po powrocie z wyspy link tutaj.

Grindavíbær, Reykjanes

Innym popularnym na Islandii widokiem są pola lawowe. Utworzone po erupcjach wulkanów zastygnięte pozostałości magmy w okresie letnim pokrywa gęsty mech. Zimą lawa jest koloru czarnego i rozpościera się szeroko po wyspie.

Pole lawowe

Ostatni dzień

W ostatnim dniu tuż przed wylotem pojechałam do Keflavíku. Kupowałam pamiątki, spacerowałam po głównej ulicy i zwiedziłam grotę, gdzie mieszka wielki troll. Podobno Islandczycy wykorzystują go do przekonania swoich latorośli, aby przestały korzystać ze smoczków. We wnętrzu groty stało drzewko z zawieszonymi na nim „na pamiątkę” dziecięcymi smoczkami.  Islandczycy są bardzo serdeczni i pomocni. Można się z nimi bez problemu porozumieć po angielsku.

Troll z Keflaviku

Islandzkie „przysmaki”

Jedzenie też stanowi wyzwanie, gdyż Islandczycy spożywają dużo koniny i baraniny. Dla nie przyzwyczajonego podniebienia, a także dla kogoś bardziej wrażliwego to dość specyficzne jedzenie. Ryb na wyspie jest dostatek są smaczne i bardzo tłuste. Ceny oczywiście kosmiczne, więc warto zaopatrzyć się także we własne produkty. Jeżeli ktoś jest bardziej odważny może spróbować baranich jaj lub innych egzotycznych przysmaków. Dla mnie zjedzenie suszonej ryby było wystarczająco ekstremalne więc myślę, że ten punkt programu zaliczyłam. Trzeba też uważać na słodycze zwłaszcza jeżeli chcemy nimi potem obdarować rodzinę i przyjaciół. Jak na prawdziwych Skandynawów przystało Islandczycy mają niekoniecznie słodkie przysmaki. Króluje lukrecja i anyżek. Ja zdecydowałam się na czekolady ze słonym karmelem. Nikogo też nie powinno zaskoczyć wszędzie dostępne polskie Prince polo, które Islandczycy traktują jak własne.

Na zakupach i zwiedzaniu Keflavíku spędziłam moje ostatnie godziny na wyspie. Pogoda w Polsce przywitała mnie błękitnym niebem i pięknym słońcem. I chociaż Islandia jest niepowtarzalnym miejscem na ziemi ciężko mi sobie wyobrazić, aby na codzień mierzyć się z nieprzewidywalnymi siłami natury. Jeżeli uda mi się, kiedyś w przyszłości, wrócę na wyspę po więcej wrażeń.

Podziel się: