Inwestycje na giełdzie

 

Zagłębiając temat każdy zastanawia się czy inwestycje na giełdzie to gra jest warta świeczki. Niby zasady są proste i wszystkim doskonale znane, a jednak wygrywają nieliczni. Wystarczy zacytować absolutnego guru inwestowania W. Buffeta. Jego nadrzędna zasada brzmi:

1. Nigdy nie trać pieniędzy.

Pod prostotą tej zasady kryje się nie tylko sedno całej zabawy związanej z inwestowaniem (za to wyrażenie będę pokutować trochę dalej), co jasna wskazówka, jak należy inwestować. To oczywiście nie koniec – druga zasada brzmi:

2. Nigdy nie zapominaj o zasadzie numer 1.

Problem polega na tym, że w tych zasadach chodzi, o coś więcej i stąd bierze się piękno tej prostoty. Myślę, że na długo będę w sobie pielęgnować to uczucie kiedy bez jakiegokolwiek pojęcia otwierałam swoje pierwsze pozycje i czekałam na cud, który niestety nie nastąpił. Z resztą każdy początkujący przechodzi przez ten właśnie wykres, który sięgnął piekła i zrobił wyrwę w naszym kapitale rozmiaru co najmniej wielkiego kanionu. Jak nie za pierwszym razem to za którymkolwiek kolejnym – prędzej, czy później to musi się stać.

Mając zamiar rozpocząć inwestycje każdy początkujący musi odpowiedzieć sobie na kilka podstawowych pytań. Zacznijmy więc od początku.

W co?

Instrumentów finansowych jest bardzo dużo. Ostatnio nasz regulator (mam na myśli polskiego jak i unijnego) postawił sobie za cel ochronę mniej świadomych klientów przed konsekwencjami wyboru zbyt ryzykownych inwestycji. Abyśmy nie zachowywali się jak dzieci we mgle przy zakładaniu konta maklerskiego musimy przejść przez test adekwatności, który ma na celu zweryfikować naszą wiedzę z zakresu ogólnie rozumianego inwestowania, a w szczególności ma sprawdzić czy wiemy z jakim ryzykiem wiązać się będzie nasza inwestycja. Ankieta przewiduje także pytania sprawdzające nasze doświadczenie w temacie. Jej wynik może łatwo uświadomić nam na jakim jesteśmy poziomie i w co nie powinniśmy pchać naszych ciężko zarobionych pieniędzy. Można powiedzieć, że pewnym stopniu rozwiązuje się problem “w co?”. 

Pamiętać należy, że inwestowanie wymaga pewnego treningu, który w dużej mierze powinien być dostosowany do naszych umiejętności. Jeżeli całą zimę siedziałam na kanapie opatulona w miękki kocyk pijąc ciepłą herbatkę i oglądając ulubiony serial to start w weekendowym triatlonie może mnie zabić a jeśli nawet to przeżyje, to na pewno z uszczerbkiem na zdrowiu. Początkujący nie powinien zaprzątać sobie głowy instrumentami, których nie rozumie lub, których “motoryka” jest na tyle dynamiczna, że może dostać zawrotu głowy przy pierwszym zakręcie. Braki wiedzy zawsze można uzupełnić z czasem. Nie warto tracić pieniądze – tą zasadę będę do znudzenia powtarzać zgodnie zresztą z zasadą numer dwa.

Jak dużo?

Ilość kapitału decyduje o naszych przyszłych zyskach. Zdaniem dr A. Elder (inwestora i autora kilku godnych polecenia książek w temaci) powinno wejść się na giełdę z kapitałem rzędu 20 tys. dolarów aby nasze inwestowanie miało jakikolwiek sens. Trudno odmówić słuszności temu stwierdzeniu tym bardziej, że taka ilość daje nam realne możliwości zarobku.

Jednak określenie wielkości kapitału można powiedzmy ugryźć z drugiej strony. Zadajmy sobie proste pytanie: Jaka strata mnie zaboli? I tu można podać dowolną liczbę – 15 000, 10 000, 5 000, 1 500, 500, 100, 20. Jeżeli nasz próg bólu jest niski, czyli boli strata rzędu 20 (jednostek pieniężnych w walucie, w której inwestujesz) to czy jesteśmy gotowi wpakować 20 000? Kiedy rozpoczynasz inwestowanie to myślenie o stracie jest bardzo ważną umiejętnością. Wchodząc w nierówną walkę z rynkiem musisz nabrać pokory. Im szybciej to zrozumiesz tym łatwiej i godniej przyjmiesz porażkę nieudanej transakcji, a tym samym i stratę. Rynek jest bezwzględny i szybko weryfikuje umiejętności każdego gracza. Kluczem do sukcesu nie jest liczenie zysków tylko zbudowanie strategii, oszacowanie ryzyka i spokojna, chłodna głowa. Strata jest nieodłączną częścią tej gry. 

To jak, ile jesteś gotowa stracić? Dr A. Elder, przy wysokości wspomnianego kapitału, zaliczył stratę rzędu 6 tys. dolarów – zabolało.

Na jak długo?

Przed otwarciem każdej transakcji powinno się już wiedzieć kiedy z niej wyjść. Pamiętam swoje pierwsze przemyślenia z tym związane. Myślałam o tym w jednostkach czasowych – godzina, dzień, tydzień, miesiąc. Naprawdę byłam święcie przekonana, że powinnam ustalić jakiś termin (godzina-dzień-miesiąc-rok) kiedy wychodzę. Takie przemyślenia nieopierzonego inwestora bardzo szybko weryfikuje rzeczywistość. Tylko i wyłącznie wykres określi kiedy masz wychodzić. Skoro byłaś taka mądra, żeby otwierać pozycję to teraz ustalaj kiedy wyjdziesz. Możesz oczywiście na tyle nisko ustawić zlecenie stoploss, aby cię przed mniej więcej założonym czasem nie “wywaliło”.

Jak?

Przede wszystkim tak, żeby nie stracić. Wiem, wiem, znowu zaczynam to swoje gderanie o stracie zamiast o tych górach złota po drugiej stronie tęczy, i co więcej nie przestanę, o tym przypominać. Jeśli nie wiesz jak to znaczy, że “nie stracić” jest właściwym założeniem. Zanim zaczniesz zarabiać naucz się nie tracić. Nie tracić oznacza jednocześnie wchodzić gdy sygnał nam na to pozwala i powstrzymywać się, gdy tego nie widać. To jak będziesz zarabiała zależy tylko i wyłącznie od ciebie. W starciu z rynkiem sam sobie jesteś sterem, żeglarzem, okrętem. Tutaj jesteś sama ze sobą. Od ciebie zależy jaką metodę wybierzesz, jakie decyzje po drodze podejmiesz, jak się zdyscyplinujesz. Sama dla siebie jesteś szefem i przed sobą samą odpowiadasz, czy zrealizowałaś plan. To ty decydujesz jakich narzędzi użyć do osiągnięcia celu.

Aby zrozumieć “jak?” potrzeba czasu, treningu, straconych pieniędzy, poświęcenia, pokory i wszystkiego najgorszego, co może nas czekać po drodze. Krew, piach i łzy walka ze sobą cały czas, dopóki nie osiągniesz stanu łowienia ryb. Inwestowanie ma być tak jak wędkowanie. Spokojne i cierpliwe. Siedzisz w krzakach i czekasz na okazję. Nie wyłazisz dopóki okazja nie będzie krzyczeć – bierz mnie! 

Czas na najważniejsze pytanie: czy jesteś na to gotowa? Jeżeli zawahałaś się choćby przez chwilę zostaw to – być może to nie twój czas.

Plan

To może zacznijmy od początku – otwierać bez planu, czy opracować plan potem otwierać. Osoba rozumna o przeciętnym ilorazie inteligencji stwierdziłaby, że najpierw plan potem inwestycja. Niezaprzeczalnie zgodzę się, że ta kolejność jest najlepszym i najbardziej racjonalnym rozwiązaniem. Sama oczywiście się do niej nie zastosowałam z prostego powodu.

Jakie są dobre strony wchodzenia w transakcję bez planu? Przynajmniej jedna – szybka nauka bo najszybciej uczymy się na własnych błędach. 

Podziel się: